Puzzle

Puzzle to taka …

Puzzle to taka zachodnia wersja mandali. Układasz długo, pieczołowicie dopasowując kawałki, pracują oczy i ręce, a myśli płyną swobodnie.
Po świątecznym układaniu zamku na letniej łące nie ma śladu. Znów leży rozsypany w pudełku. Teraz na stole, na starej ramie z obrazem inny zamek. Zimowo-wieczorny. Zamek jest jasny a dookoła niego różne odcienie niebieskiego: niebo, zalesione góry, śnieg, drzewa. Od bieli poprzez błękit i turkus, do granatu, ciemnej zieleni aż po czerń. Klnę. Złoszczę się. Każę eMowi otwierać okno. Ale lgnę jak mucha do lepu. Choćby jeden kawałek więcej.A po nim jeszcze jeden…
Księgowanie jest jak puzzle.
Dostałam reklamówkę dokumentów. Szef z przepraszającym uśmiechem powiedział, że to będzie tak często…Co to dla mnie? Nie raz tak właśnie do biura mojej kultowej Szeficy przynoszono dokumenty, odrzekłam.
Dziś, po tygodniu pracy, reklamówka śmieci zamieniła się w dwa segregatory poukładanych porządnie dokumentów. Dzień za dniem, miesiąc po miesiącu, papierek po papierku. Już niemal całość, obejmująca cały 2014 rok, jest zaksięgowana. Nie, nie to nie jest jakaś duża firma. Dwa segregatory? Miewałam takie, które tyle operacji miały miesięcznie.
Te segregatory to namacalny efekt mojej pracy.
Zapomniałam już jak bardzo to lubię. Układasz papierki i masz wrażenie, że porządkujesz świat. To nic, że tylko ten najbliższy, ten dookoła twojego biurka. Dobrze to robi na głowę. Szczególnie, gdy można pracować bez presji i pośpiechu.
Przychodzę wcześniej, bo coś tam chcę zobaczyć, wychodzę później, bo jeszcze jeden papierek, jeszcze jeden kawałek układanki…A na koniec równe słupki cyferek po stronie winien lub ma mówią mi „spisałaś się, dobra robota”. 
Och, wiem, wiem. Będą nerwy, stres, nuda i zmęczenie. Będą, bo tak jest, że przywykamy i to co o czym marzymy staje codziennością. Ale dziś, teraz, cieszę się pracą…jak zabawą z puzzlami.

 

O matko, no wiem, że nie są idealni!

Wczoraj popełniłam …

Wczoraj popełniłam okropne foux pas. Poszłam do Kuzynki, tej od starych zdjęć rodzinnych.
Na kanapie w po jednej stronie siedział Wujek Edek, którego serdecznie ucałowałam na dzień dobry. Na drugim końcu kanapy siedział inny starszy pan. Pouśmiechałam się, zasiadłam do kawy gadając z Ciocią i kuzynką, a jednocześnie lewym uchem łowiąc rozmowę obu panów. 
Obcy pan miał taki ciepły głos, z tym jedynym na świecie leciutkim zaśpiewem jaki mają ludzie zza Buga. Ten głos coś mi wiercił, aż spojrzałam na pana uważniej.
Wujek Paweł! Olśniło mnie i w jednej minucie się spociłam. Matko kochana! Żeby rodzonego brata własnego dziadka nie poznać ? Syna mojej Babci Katarzyny, człowieka, który właściwie robił za starszego brata mojemu ojcu,  wujka, którego znam od dziecka ?
Nie wiedziałam jak się zachować. Na wszelki wypadek nic nie powiedziałam aż do jego wyjścia.
Kuzynka parsknęła śmiechem.
– No to teraz się ciotce poskarży.
– Jezu, pewnie mu się przykro zrobiło – kajałam się. – Nie widziałam go dawno, trochę przytył – dodałam na usprawiedliwienie.
– Chyba jutro polecę przepraszać.
– Leć, leć, bo już pewnie w nocy nie będziesz spała – wykrakała kuzynka.
Nie spałam. Ale to inna historia.
Uczciwie mówię : nie chciało mi się po tym kinie, zwłaszcza, że domek Wujka Pawła na końcu Miasteczka prawie. Ale poszłam.
Drzwi otworzył Wujek i się rozpromienił na mój widok.
– Wujku! Bo ja wczoraj zwyczajnie wujka nie poznałam- przyznałam się całując oba pomarszczone policzki.
Zostało mi wybaczone. Dwie godziny przy herbatce, przy nalewce porzeczkowej i opowieściach z dawnych wojennych i powojennych czasów. Wujek zwykle niechętny do wspomnień tym razem się rozgadał.
Obdarowana workiem jabłek  z błogosławieństwem i zaproszeniem na przyszłość szłam do domu i uśmiechałam się do Tego Tam, w Niebie.
Musiałam zmądrzeć, co ? Dziękuję, że dajesz mi szansę.

Mam uczucie jakby wokół mnie coraz ciaśniej zamykał się jakiś krąg,a ja
czuję się w jego środku, a może jestem jego jedną z części ? Opływa
mnie ciepło, dziwne poczucie przynależności, jakieś całkiem
nieznane uczucie bycia "czyjąś".
Czy ze świadomością, że tylu bliskich tu zostawiam będzie mi łatwiej na tym zachodzie ? Czy trudniej ?
Bilet na 4 listopada kupiony. W jedną stronę…

Mamma mia!

 Spohie ma 20 lat …

 Spohie ma 20 lat mieszka na jednej z greckich wysepek i właśnie szykuje się do ślubu. Ma tylko jedno marzenie :  by do ślubu poprowadził ją ojciec.Problem w tym, że potencjalnych tatusiów jest trzech. Sophie wysyła zaproszenie na ślub każdemu z nich a oni sie zjawiają…
Piosenki ABBY w starych aranżacjach, bez żadnych udziwnień, przejmująco i zaskakująco pięknie śpiewająca Meryl Streep.  Tylko trochę gorszy od niej wokalnie Pierce Brosnan – to smaczki. Pozostali wykonawcy równie dobrzy co doborowa para, piękne balety, widoki lazurowego morza i nieba oraz białych skał. Śmiałam się do rozpuku, miałam ochotę klaskać, a za chwilę ukradkiem ocierałam łzy wzruszenia. Przy "The Winner Takes It All"  rozryczałam się na dobre. Pięknie wyśpiewana i zagrana skarga dojrzałej kobiety, której los spłatał figla.
Nie wiem czy dla każdego, dla wielbicieli musicali i wielbicieli ABBY  – na bank ogromna frajda. Tak samo jak dla wielbicieli Meryl Streep.
Jeden z ładniejszych filmów jaki widziałam od kilku lat.

PS. Jedyne zastrzeżenie do tłumacza, że tekst polski nie zawsze rytmem nadąża za muzyką . Dla mnie to przeszkoda, bo oglądając musical lubię w myśli nucić tekst polski…

Wiem, stare to zdjęcie

<img …


Wiem, stare to zdjęcie.  Niewyraźne i zniszczone. Ta dziewczynka na tym zdjęciu chyba troszkę się boi aparatu fotograficznego, ale trochę jej wstyd się do tego przyznać. Inne dzieci, wszystkie starsze od niej, szczerzą zęby w uśmiechach pozując fotografowi. A ona zakłopotana mnie małą rączką skraj sukieneczki.
Patrzę i czuję czułość. I ogrom miłości zalewającej serce. I wzruszenie.
Strasznie bym chciała tę dziewuszkę zagadnąć, zajrzeć w ciemne oczy, posłuchać jak brzmi jej głos, powąchać jak pachną jej złote włosy.
Czas jest nieubłagany- nie chce się cofnąć, a nawet gdyby … Gdyby się cofnął, znów stałabym z boku, z tą trochę nieobecną a trochę wystraszoną miną.

Ostatnie dni są łaskawe. Znów sypią się na mnie prezenty i to takie, których nie spodziewałam się nigdy przenigdy.
To zdjęcie, wraz z innymi, dostałam mailem od kuzynki. Mam zdjęcie moich pra-pra-pradziadków Anieli i Adama. Na innym moja Babcia Katarzyna jak miała szesnaście lat. Na jeszcze innym Babcia Katarzyna, już mocno postarzała, z uciekającym prawym okiem…Miała taką samą wadę wzroku jak ja!
( W początkowej fazie terapii, gdy wypłakiwałam z siebie cały ból odrzucenia, Kasia zadała mi pytanie czy potrafię wymienić choćby jedną osobę o której wiem na pewno, że mnie kochała.
– Babcia Katarzyna – powiedziałam bez namysłu. I zrozumiałam, że w miłośc rodziców wierzę rozumem, a miłość Babci Katarzyny – czuję sercem)

Inne zdjęcie pokazuje mi mamę i tatę, młodych, dopiero co po ślubie. Patrzę na nich , że tacy byli oboje młodzi, mama taka filigranowa, tata przystojny i czuję radość, że mogę ich kochać, że nie czuję do nich już żalu, że dana mi była łaska wybaczenia.

To są takie małe, ( a może właśnie wielkie) dary od losu, które ostatnio na mnie spływają.  Zdjęcia przodków, których nigdy dotąd nie dane mi było ogladać.
Znaleziona, po wielu latach poszukiwań, książka w której jest Kopciuszek Janiny Porazińskiej. Kopciuszek, którego słuchałam chyba od pierwszych chwil życia, który nauczył mnie czytać wiersze i poddawać się ich rytmowi.
Na książke czekam az poczta zechce mi ją dostarczyć.
Na zdjęcia patrzę w każdej wolnej chwili i łapię się na uśmiechu. 
Jestem szczęściarą. Naprawdę.

 

Duchy przeszłości

<img …

Pierwszy raz usłyszałam o niej w zimną grudniową noc. Nasze znajome, mieszkające w hotelu robotniczym miały imieniny – obie nosiły to samo imię. Do północy było miło, potem przyszedł cieć i musieliśmy opuścić gościnne progi solenizantek. Z całego towarzystwa – my dwoje szliśmy w jednym kierunku. Już pod moim blokiem stwierdziliśmy, że fajnie się gada, w związku z czym zaprosiłam go na herbatę.
Moja matka wyjechała, w jedynym pokoju spała pomieszkująca wtedy u nas babcia, zatem od razu jasne było, że zaprosiłam kolegę w celu kontynuowania rozmowy, a nie w jakimkolwiek innym. To znaczy dla mnie było jasne i miałam nadzieję, że dla niego też, bo choć go lubiłam, nie głowie mi były flirty z chłopakiem kilka lat ode mnie młodszym. Zdaje się, że byłam wtedy na etapie pieczołowitego uprzątania serca po takim jednym Marcinie…
Czas był zimny, przaśny, komunistyczny. Rok…Czy ja wiem ? Jakoś 1987 albo1988. W domu z używek miałam tylko herbatę. Nie, miałam jeszcze papierosy…
I siedzieliśmy tak nad kolejnymi szklankami tej herbaty, on mi grał na gitarze piosenki Kaczmarskiego i Gintrowskiego w przerwach opowiadając o ostatniej wyprawie do Piątki.
– Nagle wpadło takie coś : w okularach, piszczące, rozczochrane, paskudne…- powiedział w jakimś momencie, a ja z tonu zrozumiałam, że dla niego była to najpiękniejsza dziewczyna na świecie.
Reszta opowieści uciekła mi przez lata. Nie wiem czemu wrzeszczała, nie wiem co było dalej. Wiem, że zaczęłam pałać ciekawością. Kto zacz ta piękność, ta, która zaczarowała tego chłopaka, co bardziej niż na spawacza, nadawał się churno- gniewnego barda pokolenia po-solidarnościowego.
A potem zdarzyło się, że zetknęłam się z nią w małym pomieszczeniu naszych koleżanek imienniczek. Pamiętam okulary -lennonki zsuwające się ciągle na koniec zadartego nosa, i wywód na temat iluś tam dowodów na istnienie diabła. I tę pewność siebie, swadę z jaką opowiadała oraz to, że mnie kompletnie zignorowała. Skupiła na sobie całą uwagę zebranych. A ja uciekłam w kąt – zakompleksiona, urażona, skopana po wszystkich kompleksach – od własnej prowincjonalności poczynając na miałkości intelektualnej kończąc.
Potem było jeszcze kilka spotkań. I zawsze ten schemat : ona bryjąca gwiazda i ja szara mysz kuląca się kącie, albo rozpaczliwie usiłująca włączyć się w nurt rozmowy i umierająca ze wstydu nad własną głupotą gdy mi się wyrwało choćby pół słowa.
Odnalazła mnie po latach. Rozpoznała Miasteczko na zdjęciach i podobno, rozpoznała mnie.
Dziś mi napisała, że dla niej, typowego mieszczucha nasze Miasteczko, było czymś niezwykłym. Bo jezioro w zasięgu kół rowera, i gotycki mur i baszta, pomnik tańczących robotników, na który wspinali się po pijanemu. Nagle spojrzałam na mój grajdołek innym okiem. I odkryłam, że choć wcale nie najpiękniesze – Miasteczko jest moim domem, miejscem, które kocham najbardziej na świecie.
I oswoiłam duchy przeszłości.

Zachwyciło mnie…

<span …

ANI MIASTO, ANI WIEŚ 
 

wykonawca: Jan Wołek
 
 
Gdy je mijasz to przyciskasz gaz 
Bo cóż może dziś obchodzić nas 
Miasteczko? 
Przez lusterko czasem zerkniesz w tył 
Gdy pokrywa je już drogi pył 
Jak wieczko 
I zostaje w tyle gdzieś  
Ni to miasto, ni to wieś 
Wyspa wśród morza zbóż  
Gdzie wypada oddać cześć  
Tym, co padli nucąc pieśń  
Mocno sterani już 
Wódeczką 
 
Małe sprawy, które jakby znasz 
Mały ratusz, a w nim pełni straż 
Biureczko 
By przed światem im nie było wstyd 
Ktoś się martwi o miasteczka byt 
Ktoś z teczką 
Czasem zjawi się wśród snów  
Europa – szkoda słów 
Ten egzotyczny gość łzę się otrze – bywaj zdrów! 
Kiczowato zajdzie znów  
Bardziej czerwone coś 
Słoneczko 
 
Więc gdy się przez te miasteczka gna 
Czasem w głowie się zapali ża. . . . . 
róweczka: 
Nie lekceważ tych ni wsi, ni miast 
Bo w nich jest każdego z nas 
Cząsteczka 

Na wsi

Wieś leży o parę …

Wieś leży o parę kilometrów na wschód od Miasteczka, na skraju lasu. Droga prowadzi tam prosta, porośnięta lipami na poboczach. Tuż przed wsią kończy się las a zaczynają pola i łąki, na których w chłodne letnie wieczory pojawia się mgła tak gęsta , że obcy myślą iż to jezioro.
Środkiem wsi strumień wartki przepływa. Kościół stary, murowany,  czerwony stoi na wzniesieniu.
Czas tu podobno wolniej płynie i ma całkiem inne znaczenie niż w mieście. Ludzie się znają i wiedzą kto kim jest. Powietrze jest czystsze i nie skażone smrodem spalin bo samochody jeżdżą tu z rzadka. Słychać za to szum wiatru na polu napęczniałym przedwiosenną wilgocią, inaczej pachnie powietrze, a wzgórza w oddali zdają się kryć tajemnicę. Krok wystarczy w bok zrobić by pod nogami miast bruku piach poczuć.
Dom stoi nieco na uboczu, a mimo to blisko od ludzi i ich zagród.  Jest duży, z białymi ścianami i czerwonym, spadzistym dachem, na podmurówce z kamienia polnego, z głębokimi piwnicami beczkowo sklepionymi, z drewnianym poddaszem i tarasem wokół. Podwórze wokół ogromne, jeszcze zagracone, ze starym, drewnianym wychodkiem niemal na środku. Kilkoro starych, dorodnych drzew wita gości przekraczających czerwoną bramę.
To dobre miejsce i dobry dom. Z kuchnnym belkowanym stropem, z kominkiem i wielkimi oknami wychodzącymi wprost na pole i las. Z łagodnymi psami,  uśmiechniętym dzieckiem i ciepłymi gospodarzami.
Od pierwszej tam chwili spędzonej czuję jak ten dom ogarnia mnie ramionami, przygarnia i przytula, podsuwa wygodny, wciąż ten sam, fotel, podaje herbatę z pigwą , jak każe psom kłaść łby na moich kolanach, a dziecku uśmiechać się bezzębnym jeszcze uśmiechem. 
Czy można zakochać się w domu choć nie należy do mnie ? Czy kocha się dom bo ludzie w nim mieszkający tak bliscy i drodzy ?

Dziękuję.

Rocznica

Pytanie :
Co dzieli…

Pytanie :
Co dzieli smutną, pogubioną dziewczynę od spokojnej, pogodnej kobiety ?

Odpowiedź :
Trzy lata.

Tylko trzy czy aż trzy?
Trzy ostatnie lata zleciały jak mgnienie. A jednak wydaje się, że było ich znacznie więcej. Może to kwestia ciężaru gatunkowego?
Trzy lata temu, mniej więcej o tej porze napisałam pierwszą blogową notkę.
Wtedy nie wiedziałam, że zczynam daleką podróż.
Nie byłabym dziś taka jak jestem gdyby nie blog.
Dziękuję za trzy wspólne lata. I tym co czytali 11.11.2004 i tym co przeczytają dziś.

Zasłuchanie

<span …

Znów Czyżykiewicz. Męski głos, czasem ironiczny śmiech przez łzy…
Chyba mi tak dobrze. Słuchać  i milczeć i nic nie musieć.
 
A na trawniku w centrum miasta widziałam dziś polującego na gołębie kota. Piękny był. Gapiłam się długą chwilę. I liście się tak kolorowo sypały z drzew. Szłam z pracy na dworzec prawie półtorej godziny. Nie chciało mi się wsiadać do "czerwoniaka".


Ot tak…

Pięknie

Ale pięknie się dziś …

Ale pięknie się dziś jechało rano do pracy, jak pięknie.
Bo noc się całą przespało snem mocnym, zdrowym i bez głosów w głowie.
Bo niebo się niebieściło już o szóstej rano.
Bo Kocio namruczał do kubka choć była w nim herbata z cytryną zamiast kawy z mlekiem.
A kolega pracowy podjechał punktualnie, a jego autko było ciepłe, czyste i nie jazgotało w nim żadne radio.
A nad polami czarnymi zoraną ziemią i złotem ściernisk mgła wstawała gęsta jak welon. I w lasach tak pieknei płożyła się pomiędzy drzewami i unosiła w górę rozświetlana słońcem.
I zatęskniło się za Canonkiem co w Trolllandzie razem z Marcepankiem przebywa. Za tą chwilą magiczną gdy naciska się migawkę i widzi sie czas zatrzymany na ekraniku a potem na duzym ekranie i się widzi jeszcze raz ze wzruszeniem to ulotne, zachwycające mgnienie.
I się zachciało w ten czas jesienny Łazienki pooglądac, lwy plujące, platan i krzyczące pawie z Marzenką przy boku.
Za tydzień …? się umawia samo ze sobą. Za tydzien! się obiecuje. No to czekamy.