150. Jesienne rano

Rano odprowadzałam PannęS do szkoły. Wzięłam Tośkę, bo to i tak pora jej spaceru. Odprowadziłyśmy PannęS do bramy szkolnego podwórka, dalej poszła sama, poważna drugoklasistka. Odeszłyśmy z Tośką kawałek, ja zagapiona na poranny, jesienny świat: na plamy słońca i cienia, na orgię kolorów pod intensywnie błękitnym niebem, dodatkowo podkreślone kroplami wczorajszego deszczu (jakby samo jesienne szaleństwo kolorów to było za mało). Świat naprawdę wychodził sam z siebie, żeby tylko wzbudzić zachwyt.
Zatem szłam sobie, kontemplując. I nagle…STOP! Coś zatrzymało mnie na środku chodnika. Szarpnęłam się w zamyśleniu i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem na smyczy. Tośka zatrzymała mnie w miejscu. Spojrzałam. Leżała na chodniku, z nosem w stronę przeciwną, czyli w kierunku szkoły. Całym swym jestestwem demonstrowała wolę pozostania w tym miejscu.
Ki grzyb?
Zmotywowałam psa do ruchu, udało mi się nawet przejść przez ulicę, ale na moście znowu zamarła, padła jak długa, znów odwrócona tyłem do „kierunku jazdy”.
Po trzecim takim incydencie ocknęłam się z zamyślenia i wreszcie dotarł do mnie psi alarm:
– ŁOWIECKA JEDNA TAMUJ ZOSTAŁA! ZAWRACAJ! Ty niemoto, dziecko zgubiłaś!
Com się psu musiała natłumaczyć, że nie zgubiłam, że to normalne i żadnej paniki nie potrzeba.
Całą drogę demonstrowała niezadowolenie oraz niewiarę w moje zdolności do upilnowania stada.
Wiadomo, że ludzie to głupie są…
Dlatego jak już wyszłam z aparatem to się załapałam na końcówkę Świata wychodzącego z siebie.
Ale i tak warto było.

149. Pokręcona logi(sty)ka

Znowu boli głowa.
Nie odważyłam się i chyba już się nie odważę wziąć tego leku od migreny.
Łyknięte w nocy dwie zwykłe tabletki uciszyły ból głowy na tyle, że daję radę funkcjonować, choć ucisk tu i tam, wizg i inne takie przyjemności.
W zeszłym tygodniu dodatkowo wlazło mi coś w plecy i rano, póki się nie rozruszałam był dramat.
Człek jest naprawdę głupi.
Opowiadam Agnieszce o tematach okołoprzeprowadzkowych a ta mi na to:
– I ty się nadal zastanawiasz od czego cię głowa boli? I plecy?
No tak…
Zatem staram się nie nakręcać i nie przejmować karuzelą.
Bo to jest tak:
Na moje miejsce wprowadza się pani „Ala”
Ja zaś idę na miejsce pani „Beci”
A Becia na miejsce pani „Cesi”.
I teraz genialny pomysł administracji: Ala, Becia, Cesia oraz ja mamy się wyprowadzić do 15 października. Do godz. 11 tego dnia każda z nas ma oddać klucz do administracji.
Czaicie?  Każda ma ten sam termin. I jeszcze ten warunek, że klucz ma być przekazany do administracji. Czyli o 10:55  dnia 15. października każda z nas zapakuje swoje graty na…nie wiem, TIRA? a może po prostu je wyniesie na dwór? Po czym zostawi to wszystko, pójdzie do administracji oddać klucz i poczekać na nowy klucz.
Jak zapytałam panią w administracji jak oni to sobie wyobrażają to powiedziała, że inni sobie dają rade, bo ludzie zazwyczaj wynoszą się wcześniej, i jedna z tych osób może się wynieść już na początku października. Jedną z tych osób jest pani Cesia. Babcia lat około 90, słabo kontaktująca.
Co będzie jak pani Cesia wyniesie się w weekend 12-13-14? Co nam to da? GUZIK.
Pani Ala dodatkowo jest osobą starszawą, samotną, z problemami ruchowymi. Nie ma mowy by sama sobie z przeprowadzką poradziła, musi wynająć firmę. Ale na kiedy?
Dodatkowo mieszkania powinny być wysprzątane na tip top. A firmy oferujące sprzątanie przeprowadzkowe mają wymóg by mieszkanie było już puste.
I proszę: nie mówcie, że debilne zwyczaje, bo ja to wiem, ale to mi w niczym nie pomaga.
Odpuściłam sobie firmę sprzątającą.
W zeszłym tygodniu wyczyściłam lodówkę. W niedzielę wyczyściłam piecyk. Popakowałam swoje ciuchy, bez których już mogę się obyć. W tym tygodniu popakuję kuchnię – zostawiając tylko garnki oraz talerze, szklanki i sztućce. Trudno, będziemy częściej zmywać. A puste szafki mogę już umyć i pozamykać.
Dodatkowo popakuję już szafy z ręcznikami, pościelą, obrusami itp.
eM namówił mnie na zakup Karchera do mycia okien.
Nie jestem przekonana co do efektów, ale nie będę się przejmować smugami. Okna będą umyte, ale jeśli zostaną smugi – trudno.
Dodatkowo muszę pamiętać, by zmienić umowę na pakiet telewizja/internet/telefon oraz na prąd.
Musze zawiadomić klientów by nie wysyłali dokumentów po 1. października bo nie wiem kiedy dokładnie się przeniosę więc żeby dokumenty nie zginęły.
Cała ta logistyka sprawia, że mam problem ze spaniem, bo wieczorami myśli się kłębią.
A dodatkowo tęsknię za PannąS, a ponieważ one teraz za miastem mieszkają to nie mogę jej wziąć na godzinkę czy dwie a potem odprowadzić do mamy.

A poza tym jest jesień. Jest złoto, słonecznie ale zimno. Dziś rano było tylko 5stopni.
Robię zdjęcia. Po zastoju ostatniego roku znowu zabieram aparat gdy jedziemy z psem i zawsze coś tam upoluję. Ale marzy mi się taki mały, bezlusterkowiec ale z wymienną optyką. Znaczy taki kompakcik, ale z tych porządniejszych. Rzecz w tym, że te porządniejsze kosztują tyle, ile mój miesięczny dochód. Czyli dużo.

Oraz irytuje mnie głupota…a raczej lenistwo umysłowe niektórych klientów. Ale to już odrębna historia.
Znowu odkryłam w sobie cechę autystyka. Nienawidzę zmian, zwłaszcza takich na jakie nie mam wpływu. W moim ulubionych sklepie przenieśli dział warzywno – owocowy. Zagotowałam się na miejscu, jeszcze ZANIM zobaczyłam co i jak. Obok kłopotów z patrzeniem w oczy, nieumiejętności odczytywania sygnałów pozawerbalnych, brakiem taktu, kłopotami z rozmowami na tematy inne niż mnie interesujące, nietolerancją dotyku, to dodatkowy sygnał.
Przeczytałam artykuł o autyzmie u dziewcząt. To wcale nieprawda, że występuje rzadziej. Jest rzadziej diagnozowany, a to różnica. Rzadziej diagnozowany, bo dziewczynki są „grzeczniejsze”, skupiają się na maskowaniu ułomności, uczą się jak to robić, bo właśnie chcą być grzeczne, bo tego się od nich wymaga. Dlatego jeśli autyzm nie idzie w parze z upośledzeniem dziewczynki diagnozuje się trudniej.
To ma sens…
A jak przypominam sobie siebie z dzieciństwa…Gdybym dziś zobaczyła wycofane dziecko, które najchętniej spędza czas w szafie, które nie umie rozmawiać, patrzeć w oczy, nie lubi być przytulane i brane na kolana…
Być może to wciąż te same dywagacje „co jest ze mną nie tak”, że zawsze i zawsze nie czuję się na swoim miejscu. Może to, może co innego? Ale fakt, że Yankie też ma cechy wskazujące, że może się mieścić w spektrum. To dlatego mamy taki dobry kontakt i się rozumiemy.

148. Desperacja jesienna

Coroczna desperacja jesienna chyba nadeszła.  Adam twierdzi, że zawsze jesienią „desperuję” ale zwykle zaczynało się to koło listopada. W tym roku wcześniej. Może to przez to lato…
Było cudnie, naprawdę. Upał mi nie przeszkadzał, całe dnie kryłam się w półmroku mojego piwnicznego pokoju, chłodziłam wiatrakiem, zimnymi napojami różnej maści, produkowanymi na własną rękę wynalezione przepisy traktując jako inspirację.
I głowa była jakby spokojniejsza.
Przyszedł 1 sierpnia i lato się skończyło jak nożem uciął.
Odeszło. Zimne noce, temperatury dzienne też umiarkowane, ale jeszcze jakoś było.
Przyszedł wrzesień… A tu już październik za pasem.
„Minął sierpień, minął wrzesień
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii smętny woal…”
Jesienne zawirowania pogodowe źle wpływają na mój stan. Pobolewa żołądek. Ale najbardziej znowu dokucza głowa. Boli i boli…
Tabletki przeciwmigrenowe wzięłam dwa razy. I nie wiem czy zdecyduję się na trzeci. Owszem – ból głowy zniknął. Ale w zamian miałam takie objawy, że nie wiem czy jednak nie wolę bólu głowy. Tak siak – wyłączona z życia jestem. Ani pracować,  ani cokolwiek innego. Leżeć, drzemać, w ciemnym, zamkniętym pomieszczeniu, odizolowana od dźwięków, światła i zapachów.
Tak było w piątek. Do dziś łeb boli …Jak żyć?
Jednak jakoś próbuję, choć z coraz mniejszym zapałem. Chodzę rozdrażniona i współczuję każdemu, kto jest zmuszony się ze mną zadawać. Nawet Tośce się obrywa. Znaczy nie fizycznie, burczę na nią gdy znowu pcha się pod nogi lub żebrze przy talerzu.
Tylko PannaS nie obrywa. Ale to PannaS. Zadziwiające jak mało kłopotliwe, mało absorbujące potrafi być dziecko, niedostrzegalne niemal.
Wygodne to bardzo gdy się cierpi, ale w głębi serca mam obawy, że nie buntujące się, zbyt grzeczne dziecko nadrobi wszystko z nawiązką w późniejszym czasie. I o ile bunt dziecka jest w sumie łagodny w konsekwencjach, o tyle bunt nastolatki może być bardzo niszczący dla niej samej. Znowu patrzę za daleko w przyszłość?
Tak mam…Uświadomiłam sobie ostatnio, że zawsze miałam taką cechę…
Wiecie jak to jest: oglądasz sobie film typu Speed. Bohaterowie pokonują kolejne pułapki, rozwiązują problemy, ratują siebie z opresji, nieuchronnie prędzej czy później padają sobie w ramiona, zwyciężają zło i wreszcie odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.  Ckliwy kawałek muzyczny, The End, kurtyna, oklaski. A ja po zapaleniu światła w sali kinowej nie umiem przyjąć zakończenia.
Ale co dalej z bohaterami? Żyli długo, szczęśliwie i razem ? WĄTPIĘ. Poznali się w ekstremalnej sytuacji, jak żyć po czymś takim, jak żyć gdy opadnie adrenalina, wrócić do trywialnego wynoszenia śmieci?
Wkurzające to, bo film to film, nie chodzi o część dalszą tylko o to tu i teraz pokazane w filmie. A ja nie potrafię, i muszę widzieć dalej.
To samo w życiu.
Moja córka na nowo układa sobie życie. Jest pełna zapału, wiary, czy ja wiem czego jeszcze? Przenosi swoje życie do człowieka, którego zna trzy miesiące. A ja ją pytam: a co będzie jak się pokłócicie, rozstaniecie, jak on okaże się wcale nie taki jak sądzisz? Dokąd wrócisz, gdzie się podziejesz jak zrezygnujesz z własnego mieszkania? Ona trzaska drzwiami mówiąc, że jak zawsze żałuje, że ze mną rozmawia o swoich sprawach.
Ja się obrażam, bo dlaczego ona taka głupia i mnie nie słucha?
Znowu film.
Bohater jest dostawcą alkoholu. Któregoś razu bierze butlę drogiego alkoholu, żeby się napić. A ja myślę: jak może być taki głupi i nie myśleć o konsekwencjach? A potem się zdziwi, że znowu stracił pracę.
Zawsze patrzę dalej. Zawsze nim cokolwiek zrobię usiłuję przewidzieć konsekwencje i obliczyć czy najgorsze z nich są warte tej chwili. Czasem tak, czasem nie.
OKROPNE! Nie umiem być beztroska, żyć chwilą, tu i teraz.
A z drugiej strony strasznie mnie wkurza kompletny brak zastanawiania się nad tym co będzie później. Czasem mam wrażenie, że w całej mojej rodzinie nikt o tym nie myśli. Ot dziś fajnie, a jutro się pomyśli. Jutro się zazwyczaj płacze, zgrzyta zębami i idzie do mnie, bo może coś wymyślę.
I czasem sobie myślę, że może gdybym wiedziała, że ktoś inny popatrzy dalej i się zastanowi to ja bym może już mogła odpuścić.
Tymczasem wstaje nowy dzień. Wraz z wychodzącym słońcem czuje coraz mocniejszy ucisk w skroniach.
Znowu będzie boleć.
Szlag.

147. Migrena…w granicach normy

No to wychodzi na to, że te nocne ataki bólów głowy są jednak migrenowe. Po szarpance ze szwedzką służbą zdrowia oraz lekarką, która NIE CHCIAŁA zobaczyć problemu, a którą wreszcie pisemnie nieco zjechałam, że mnie lekceważy a ja nie mam jak żyć, wreszcie dostałam receptę na leki przeciwmigrenowe. Na zasadzie: jak pomogą to migrena jak nie- to nie, poszukamy dalej.
No i dziś o 4 rano nadejszła wiekopomna chwila…
Nie wierzyłam w skuteczność, a wiedziałam, że lek ma nieprzyjmne skutki uboczne, bo mnie kiedyś Regina próbę półówką poczęstowała. Cztery godziny, dwa naprokseny później i skrócony spacer z psem później łyknęłam.
Kwadrans później na mą obolałą głową spłynęła ulga. Chaust powietrza…a potem mnie rozjechał walec.
Do tej pory jestem śnięta, ale wszelkie dolegliwości zgadzają się z ulotką. Adam, kolega migrenista i lekarz przy okazji mówi, że po kilku dawkach organizm przywyknie i już mnie ten walec nie będzie rozjeżdżał. Oby.
A poza tym to  za sześć tygodni się przenosimy do większego mieszkania. Co generuje stres i wkurw, ale teraz nie chcę o tym pisać.
Szykuje mi się objazd po Polsce w towarzystwie Szweda czyli służbowy. Mimo wszystko liczę na chwilę przyjemności. Jeszcze nie wiem kiedy…
A poza tym wyskoczyliśmy z mężem do Danii, na północ. Można powiedzieć, że Północną Jutlandię zjeździliśmy od morza do morza. Byliśmy nad morzem północnym, srebrzysto turkusowym, z ogromnymi falami, długaśnymi i pustymi plażami, surferami, wydmami porośniętymi szmaragdową trawą i usianymi bunkrami. Widzieliśmy latarnię morską Rudbjerg Knude zniszczoną przez piasek, stojącą na krawędzi piaszczystego klifu. Widzieliśmy Råbjerg Mile: wielkie, pustynne wydmy w środku lądu. Widzieliśmy wieżę Kościoła Pod Piaskiem (mniejsze wrażenia). Byliśmy w Oceanarium i w Bunkermuseet oraz w Thy National Park. No i wjechaliśmy samochodem na plażę w Hirtshals bo było można, a co? Widzieliśmy wreszcie krzyżujące się  fale w Skagen czyli tam gdzie Bałtycka cieśnina Kattegat łączy się z Morzem Północnym.
Poza Oceanarium, bunkrami i Kościołem pod piaskiem wszystko inne robiło na mnie piorunujące wrażenie. Byłam zachwycona szczególnie światłem, kolorytem i ogromem Morza Północnego. W dodatku te niemal bezludne plaże. Zakochałam się i strasznie tęsknię.
Mieszkaliśmy na kempingach, codziennie innym. Spaliśmy w namiocie, na materacach. Twardo, ale ciepło. Okazuje się, że mój kręgosłup woli twarde, bo się uspokoił. Kempingi wypasione, z gorącą wodą, kuchniami, pokojem telewizyjnym. Luksusy. Inna rzecz, że nocleg tam jest wcale nie taki tani. Ale ma swój urok. Już postanowione, że będziemy tak jeździć tylko musimy sobie kupić większy namiot oraz nieco akcesoriów – w tym coś co może robić za składany płot żeby Tosia mogła jeździć z nami bo tęskni strasznie i płacze jak wracamy.