74. Dzień pierwszy Neapol

Dzień pierwszy
Zza okna płynie poranny chłód, wiar porusza dość gęstą, jasnobeżową zasłoną. Drugą, ciemniejszą i bardziej gęstą odsunęłam na bok. Przyda się później, jak sądzę. Okna są na południe i popołudnie.
Pod oknem, w małej, wąskiej uliczce, na którą patrzę z wysokości drugiego piętra, przejeżdżają auta i skutery. Wciąż słychać warkot i klaksony.
Dodam, że neapolitańskie drugie piętro to nie to samo co drugie piątro w Polsce. Mieszkanie ma co najmniej 3,5 metra wysokości więc to drugie piętro jest wyżej. Co jakby trzecie, co oceniam po rozmiarach ludzi.
Wczoraj, gdy wreszcie zajechaliśmy była już noc. Czarne niebo upstrzone gwiazdami, ulice wyłożone kamieniami lśniły po świeżym deszczu. Trzeba było iść uważnie bo ów kamień okazał się dość śliski.
Wyszliśmy na chwilę bo gwar uliczny oraz otwarte drzwi sklepików i knajpek ciągnął.
To dopiero było szaleństwo! W wąskich uliczkach tłoczyli się ludzie, stragany, zaparkowane oraz jadące samochody. Pomiędzy nimi przemykały skutery i motory. Uliczki wąskie jak tunele pomiędzy wysokimi domami. Za ich ogromnymi bramami kilka razy zauważyłam podwórza-studnie, oraz schody prowadzące na górę.
Przy krawężnikach walały się śmieci. W powietrzy czuć było wyłącznie spaliny. Zapomnij o świeżej wieczornej bryzie!
Zmęczona i przerażona ruchem, tłumem, mrokiem czającym się w zaułkach zażądałam powrotu do domu.
Dom.
Na najbliższy tydzień to małe mieszkanie, w starej Neapolitańskiej kamienicy. Ogromna brama wpuściła nas na brukowane podwórze-patio zastawione roślinami w donicach. Z czterech stron wznoszą się ściany budynku, po prawej szyb nowo budowanej windy. Na sklepieniu bramy jakieś malowidło. Szerokie schody, ewidentnie wydeptane przez wieki, poręcze wypolerowane ludzkimi dłońmi do połysku. Klimat!
Właścicielami są Giovanna i Riccardo. Giovanna, prześliczna! Niższa ode mnie, szupła, o ładnej twarzy z rozstępem pomiędzy zębami nadającym jej twarzy wyraz niesforności. Okrągła gdzie trzeba, ruchliwa, ani słowa po angielsku, śmiejąca się i gadające prędkim włoskim.
Riccardo wcale nie włoski. Wysoki, łysiejący i jasnowłosy. Nie oceniłam czy siwy czy blond. O niskim, męskim głosie (jakaż to ulga dla uszu po piejących szwedach) i spokojnym sposobie mówienia.
To on odebrał nas z lotniska i całą drogę zabawiał rozmową po angielsku, choć twierdził, że nie umie. Umiał więcej niż ja w każdym razie.
Oboje bardzo serdeczni przy pierwszym kontakcie. Miałam wrażenie, że Giovanna na wstępie powściągnęła chęć uściskania mnie.
Mieszkanie zaopatrzone w podstawowe produkty: kawa, mleko, cukier. Makarony, pomidory w puszcze, sól, pierz, oliwa. Czosnek w miseczce. Pieczywo, masło i dżem. Woda w butelkach w lodówce. Wszystko czego trzeba na kolację i śniadanie!
Sypialnia, korytarzyk, łazienka, kuchnio-salon z którego prowadzi wyjście na tarasowy korytarz okalający budynek. Na ścianach obrazy, które już widząc na zdjęciach uznałam za oryginały. Nie pomyliłam się: to dzieła Riccardo. Spodobał mi się człowiek do góry nogami.
Przerażające są te wysokości, a barierki, parapety są poniżej linii bioder! Lekki poślizg i lecisz…mówi mi moje drugie, to tchórzliwe i czarnowidzące, ja. Fukam na nie, zamknij się, dlaczego mam się ślizgać?
Szwecja żegnała nas chłodno, żeby nie rzec: zimno. Idąc z parkingu marzłam w ręce ciągnące walizkę. Był jeden stopień.
Niespełna półtoragodzinny lot do Frankfurtu zniosłam o dziwo doskonale. Mogłam nawet grać na telefonie i czuć zakrętów w głowie. Nawet lądowanie i start były niemal bezbolesne. W drodze do Neapolu podobnie, choć na wszelki wypadek nie patrzyłam w okno trzymając się konsekwentnie widoku na korytarz między fotelami. Nie mogłam patrzeć w okno, choć tam przecież Alpy pod nami! Bałam się, że gdy mój mózg rozpozna, że jest w powietrzu natychmiast poleci Shrekiem i Osłem: Nie patrz w dół, nie patrz w dół, nie patrz w dół…Shrek! Ja w dół patrzę!
I zacznie szaleć i wywijać koziołki błędnikowi.
Zatem sorry drogie oczy, ale nie.
Neapol przywitał nas gorąco. A nawet bardzo gorąco. Siódma wieczór, zachodzące słońce, a w powietrzu upał. Termometr pokazał jakieś 23 stopnie ale, przywieziony ze Szwecji, chyba po prostu nie miał na skali takiej wartości jak 25 stopni czy więcej. Tak, tak, żartuję oczywiście.
Tu są palmy! I jakieś wysokie, wysokie drzewa iglaste. Pinie?
…Jest 9.01. Niechże ten eM już wstanie…

5 myśli w temacie “74. Dzień pierwszy Neapol

  1. Chłoń klimat, pij cytrynowkę (il limoncello, tamtejsza specjalność) i pokosztuj kasztanów, właśnie zaczyna się sezon.
    Bawcie się dobrze i pamiętajcie, że Neapol to Neapol, nie Włochy

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s