Feministycznie – niesprawiedliwość dziejowa.

Ostatnio przebywam …

Ostatnio przebywam dość często w rozmaitych przybytkach lecznictwa i dokonałam pewnego spostrzeżenia.
Otóż.
Chory mężczyzna zawsze! ma przy sobie jakąś kobietę, nawet jeśli nie przy łóżku szpitalnym, to w poczekalni.
Chora kobieta jest zazwyczaj sama.
(Oczywiście wykluczam tu sytuacje, gdy osoba chora ma jakiegoś osobistego asystenta z racji wieku czy też niepełnosprawności.)
Obserwacje czyniłam i w Polsce i Szwecji. Tak, w Szwecji, gdzie zrównanie kobiet i mężczyzn jest tak oczywiste jak wschody i zachody słońca.
Nie macie wrażenia, że w ogóle w naszej kulturze jest tak, że mężczyznę zawsze wspiera jakaś kobieta, ale za kobietą to już rzadko kiedy stoi jakiś mężczyzna?
Daleko nie szukając – popatrzmy na polską scenę polityczną.
Prezydent w kampanii, a i teraz też,  bardzo często ma przy sobie żonę. A premier, która jest kobietą, jakoś nie jest specjalnie wspierana przez jakiekolwiek mężczyznę.(Heh, inna rzecz, że nawet panowie, którzy tę panią na stołku posadzili, wsparcia jej nie udzielają). Tak samo było za czasów poprzedniego rządu.
Panią Tusk znali wszyscy. Ktoś zna pana Kopacz?
To jak to jest? Kobieta ma swojego mężczyznę wspierać, gdy on walczy o zdrowie/o pozycję/o zbawienie świata, ale w odwrotnym kierunku to już nie działa? Bo co? Bo to jest okej być żoną swojego męża, ale mężem swojej żony to już nie?
Ciekawa jestem ile z was, dziewczyn odwiedzających mój blog, w trudnej chwili miało przy sobie swojego partnera, tak naturalnie, bez proszenia i negocjacji, bez napomykań i pytających sugestii? A ile z was tak samo, niemal odruchowo stawia się u boku swojego partnera, gdy to on ma trudną sytuację? Powiecie mi, że przecież panowie uczestniczą w porodach? Tak? A popytajcie znajomych, ile z nich praktycznie tę obecność na partnerach wymogła odwołując się do ich chęci spotkania potomstwa już w pierwszej chwili, do kontroli czy aby żadna położna potomka na podłogę nie upuściła? Jak wiele z was/nas odwołało się do zwykłego wsparcia?
Nic dziwnego, że zdanie „śpij, ja pobujam” wydaje się być wyznaniem miłości piękniejszym i o wiele bardziej romantycznym niż to z „Pretty Woman”.
Tylko…czy jeśli mężowi w środku nocy przypomni się, że być może zostawił w aucie włączone radio to deklaracja żony „śpij, ja sprawdzę” wywoła taką samą reakcję?
Zajrzyjcie do poczekalni u ginekologa i urologa i policzcie nie-pacjentów.

Naszła mnie taka refleksja, bo sama jestem nieustannie w takiej sytuacji. Mój mąż nie czuje się nawet w obowiązku napomknąć, że na badanie ze mną nie pójdzie. Bo to jest OCZYWISTE, że nie pójdzie. Bo po co? Tłumacza nie potrzebuję, szpital w odległości 10minut spacerem, to po co? A wiecie co jest jeszcze gorsze? Że ja tego też już nie oczekuję. JUŻ nie. Że wolę sama. Że jak już coś, to potrzebuję męża tylko jako wsparcia logistycznego – zawieź, odwieź, podnieś, przynieś. Wsparcia psychologicznego dostarczam sobie sama lub dostaję od przyjaciółek.
Naturalna rzeczywistość czy smutny nawyk?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s